piątek, 10 października 2014

34. Porcelain

Ten rozdział jest całym powodem, dla którego postanowiłam Ci, Bąblu kochany (tak, tym razem zwracam się do Ciebie!), tłumaczyć to ff.
I w sumie pozostawię to bez dalszego komentarza, bo po raz kolejny nie mam słów.
A teraz idę poszukać chusteczek, bo pomalowałam się pierwszy raz od tygodnia i po skończeniu tłumaczenia tego rozdziału wyglądam jak panda.

*


Ashton’s POV
To bolało.
Nawet kiedy nic nie dotykało moich nadgarstków, czułem, jak swędzą i palą, przypominając uporczywie o mojej porażce. To zawsze bolało bardziej po fakcie. Bolało, że zjebałem wszystko, nad czym tak ciężko pracowałem, bolało, że nie byłem silniejszy od głosu w mojej głowie, tego, który pokonał Luke’a.
Zawsze nienawidziłem się bardziej za uleganie.
Ale nadal najbardziej bolała mnie sprawa z Luke’iem. Obudził się dopiero popołudniu i wyglądał jak trup. Nawet na mnie nie spojrzał. Calum powiedział, że wyszedł i wrócił dopiero w nocy. Wszyscy wiedzieliśmy, że to moja wina. Bo spieprzyłem, prawda?
Byłem kretynem.
– Dobry – odezwał się Calum.
Luke przeszedł obok niego ślepo i wyciągnąwszy kubek z szafki, skierował się w stronę ekspresu do kawy. Zatrzymał się przy oknie, zerkając na deszcz spływający po szybach. Przegryzł wargę i oderwał spojrzenie od okna.
– Pada – powiedział do swojej kawy. Jego słowa były ledwie dosłyszalne.
– Większość dnia spędzimy w środku – zauważył Michael. – Powinieneś się szykować, zaraz idziemy z Adamem na gorącą czekoladę. [dzięki Michael, ty to zawsze potrafisz precyzyjnie poinformować mnie, na co mam największą ochotę, a czego jak zwykle nie ma u mnie w domu.]
Calum posłał Michaelowi zakłopotane spojrzenie, a niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu.
– Nigdzie nie idę – powiedział Luke, upijając łyk kawy.
– Och.
– Bez ciebie to nie to samo – dodał Calum.
– Ashton też nie idzie – dokończył.
Poderwałem głowę do góry.
– Co?
– Zrobimy sobie wycieczkę – oznajmił, jakby to było oczywiste.
– Um, gdzie?
– Zobaczysz – odparł, wzruszając ramionami. – A właśnie. Powinieneś się powoli zbierać.
Zerknąłem pytająco na Caluma i Michaela, ale oboje w odpowiedzi przybrali równie zdezorientowane spojrzenia. Czyli nie byli wtajemniczeni.
To będzie naprawdę długi dzień.


Po tym, jak Calum i Michael wyszli na spotkanie z Adamem, Luke stanął w progu sypialni, podczas gdy ja wiązałem jeszcze buty.
– Gotowy? – spytał bez żadnych emocji na twarzy.
Przytaknąłem niespokojny. Luke zachowywał się opryskliwie, był szorstki, zupełnie jak nie on. Ale w sumie nie powinienem się spodziewać niczego innego po zeszłej nocy, jeśli Calum właściwie przedstawił mi jego wczorajszy stan. Poza tym widziałem szkło pod ścianą dzisiaj rano, zanim Calum zdążył je zamieść.
Podążyłem za nim. Opuściliśmy hotel, a Luke zatrzymał taksówkę. Wdrapałem się do środka zaraz po nim, pragnąc, by powiedział w końcu coś, co rozładuje napięcie. Nie patrzył w moim kierunku. Przez całą podróż taksówką, siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie, a mięśnie jego szczęki napinały się i rozluźniały, gdy zaciskał co chwilę zęby. Jego postawa nie była zachęcająca, w dodatku w taki sposób, że nie wiedziałem, czy był zły, zraniony, czy też jedno i drugie.
Cisza  była ogłuszająca i przytłaczająca. Miałem ochotę krzyknąć na Luke’a albo potrząsnąć nim, ale zachowywał się tak dziwnie, że bałem się, że wybuchnie. Wyglądał, jakby był na skraju nerwów, które w każdej chwili mogły mu puścić.
Taksówka zatrzymała się na stacji. Coś w rodzaju torów biegło pomiędzy dwoma peronami. Luke wyszedł z auta, a ja podążyłem za nim.
Wspiął się po schodach na peron i wyjąwszy dwa bilety, wetknął je w najbliższą maszynę i wcisnął jakieś przyciski. Rozejrzałem się dookoła, próbując zorientować się, gdzie byliśmy. Czy to stacja kolejowa? Czy Luke ma zamiar wepchnąć mnie pod pociąg? Luke zdecydowanie bywa porywczy i wybuchowy w swoich najgorszych momentach.
Po jakichś dziesięciu minutach niemalże zupełnej ciszy, na stację przybył pociąg. Luke nie wepchnął mnie na tory, więc to był jakiś plus. Chyba. Tak mi się wydaje.
Luke poprowadził mnie na sam tył pociągu i szarpiąc mną, usadowił nas w ostatnim rzędzie miejsc.
– Luke, dokąd jedziemy? – zapytałem. Pociąg ruszył do przodu, a ja opadłem na moje miejsce.
– Zamknij się i pozwól mi myśleć – syknął przez zęby.
Tak zrobiłem. Nie chciałem go denerwować jeszcze bardziej.
Wyciągnął mnie z pociągu na trzecim przystanku. Wyszedłem na żółty peron i obserwowałem, jak pociąg odjeżdża.
– Chodź – powiedział Luke, opuszczając żwawym krokiem peron i wyszedłszy prosto na deszcz, otworzył parasol.
– Luke...
– Pospiesz się. – Umyślnie szedł z przodu, żebym nie mógł iść z nim pod parasolem.
Cóż, cholera.
Wydawało się, jakby minęły wieki, zanim Luke w końcu zatrzymał się. Byliśmy na jakimś małym, opustoszałym otwartym placu, w stylu miejsca, gdzie ludzie organizują różne drobne festyny czy zabawy. Betonowe schody, które znajdowały się w środku w półkole, były całe mokre.
I wreszcie, wreszcie Luke spojrzał na mnie, zerkając spod czarnego parasola oczami błękitnymi jak niebo.
– Musimy porozmawiać – powiedział.
Wiatr był porywisty i Luke z trudem utrzymywał parasol; wyglądał, jakby w każdej chwili mógł się przewrócić.
O Boże. Musimy porozmawiać. To uniwersalny synonim do Zrywam z tobą.
Serce stanęło mi w gardle, a ja spuściłem wzrok i przytaknąłem żałośnie, odgarniając wilgotne włosy sprzed moich oczu.
– Okej – wymamrotałem. Nie byłem w stanie wykrztusić z siebie nic więcej. I tak żadne słowa nie mogły tego naprawić.
– Co się stało? – wypalił. – W jednej minucie wszystko jest okej i radzisz sobie coraz lepiej, a w następnej znowu wszystko zamienia się w piekło. Myślałem, że czujesz się już lepiej. Co-co się stało?
Z trudem utrzymywałem oddech, zasypany lawiną pytań, poczucia winy i okropnych myśli.
– Nie wiem – odparłem, desperacko pragnąc, by mi uwierzył. – Przepraszam.
I wiedział, że naprawdę jest mi przykro. Inaczej nie siedziałby ze mną przez tyle czasu wczoraj w wannie, ocierając moje łzy.
– Nie rozumiem – powiedział zrozpaczony. – Po prostu n-nie rozumiem.
– Nie ma tu nic do zrozumienia – powiedziałem błagalnym tonem. – Zrobiłem to. I tyle. Przepraszam. Spieprzyłem.
– Nie – przerwał Luke, ściskając mocniej parasol i kręcąc głową nieustannie. – Co się z tobą, do cholery jasnej, dzieje?
– O czym ty mówisz? – odpowiedziałem, zbity z tropu. Coś dziwnego działo się z moim sercem. Ledwo wydobywałem z siebie jakiekolwiek słowa.
– Znowu się zapadasz, Ashton – rzekł Luke histerycznie. – Wracasz do tego, kurwa. I to dla mnie takie cholernie frustrujące. Dlaczego, do kurwy nędzy, mi o niczym nie powiedziałeś, skoro czułeś się źle?
– Powiedziałem – zaprzeczyłem. – Powiedziałem. Zadzwoniłem do ciebie.
– Ale trochę za późno, nie sądzisz? – warknął oskarżycielsko. – Powiedziałeś mi o tym dwie minuty przed tym, jak to zrobiłeś.
– Byłeś zajęty swoimi egzaminami! – usprawiedliwiłem się, czując, jak oczy zaczynają mnie piec. Znowu odgarnąłem włosy z twarzy. – Nie chciałem, żebyś te zawalił.
– A kogo, kurwa, obchodzą moje testy?
– Dlaczego jesteś tak cholernie wściekły? Myślisz, że to takie proste dla mnie?
– A myślisz, że to takie proste dla mnie? – Wiatr robił się coraz silniejszy i parasol Luke’a wywrócił się na drugą stronę. – Kurwa mać! – Wyrzucił bezużyteczny, połamany przedmiot i sam też zaczął moknąć w deszczu.
Teraz oboje już krzyczeliśmy.
– Spieprzyłem sprawę, Luke! To chciałeś usłyszeć? Myślisz, że o tym nie wiem?
– Wiadomość z ostatniej chwili! Ja też spieprzyłem! Jestem, kurwa, twoim chłopakiem i nie zrobiłem nic, żeby ci, kurwa, pomóc.
– Więc to o to w tym wszystkim chodzi? – wrzeszczałem. – Że jesteś zły na siebie? Nie wyżywaj się na mnie, gwarantuję ci, że czuję się już wystarczająco źle z tym.
– Tak, jestem zły na siebie, ale to nie dlatego tutaj jesteśmy – odparował.
Wyrzuciłem ręce w górę z mocnym poirytowaniem.
– Dobra, geniuszu! To dlaczego, kurwa, tutaj jesteśmy?
Cierpienie przemknęło po jego twarzy. Pierwszy raz nazwałem go geniuszem, żeby go zranić. I wiedziałem, że mi się udało.
– Dlatego! – wybuchł, wyszarpując coś z kieszeni.
Moja buteleczka z tabletkami.
Ale nie zaprzestał na tym. Wściekłym ruchem nadgarstka odkręcił ją i odwrócił do góry nogami, a tabletki rozsypały się dookoła, lądując w błocie. Oniemiały obserwowałem, jak Luke potrząsa buteleczką, a następnie rzuca ją na ziemię.
W końcu przestał, oddychając ciężko i oparł ręce na biodrach.
– Wytłumacz mi to, Ashton!
– Nie ma nic do tłumaczenia! – broniłem się pospiesznie.
– Och, wydaje mi się, że wręcz przeciwnie, należy mi się sporo wyjaśnień, zaczynając od tego, że przestałeś brać swoje leki trzy tygodnie temu!
– Co chcesz ode mnie usłyszeć, Luke? Że nie działały? Że czułem się przez nie jeszcze gorzej? Że działały, ale czułem się po nich jak ktoś zupełnie inny?
– Chcę, żebyś powiedział mi, kurwa, prawdę. Która z tych wersji jest prawdziwa?
– Nie czułem się tak, jak cztery miesiące temu! Jaki jest sens? Jeśli nie mogę sam być szczęśliwy, to znaczy jestem porażką. Czuję, jakbym nie był już wystarczająco sobą.
– O czym ty, do cholery jasnej, gadasz?
– Kiedy brałem leki, byłem chodzącym problemem, żyłem w oszołomieniu. Odkąd je odstawiłem, jestem bardziej świadomy, ale czuję się gorzej i jestem problemem dla wszystkich innych.
– Gówno prawda, to nie tak, wszyscy...
– Boże, Luke, czasami jesteś taki głupi! Zauważyłeś w ogóle, kiedy przestałem je brać? Była dla ciebie w ogóle jakaś różnica? Czy byłeś zbyt zajęty?
– Nie wiem! Ostatnio nie chciałeś nawet, żebym cię dotykał, chciałeś tylko być sam. Co miałem zrobić? Zostawiłem cię w spokoju. Tak, jak chciałeś.
– To nie jest to, czego chciałem, Luke. Poza tym i tak nie wyglądało na to, że chcesz być przy mnie.
– Aha, czyli to jest ten jebany problem, co, Ashton? Weź się, kurwa, lecz!
Moje usta otworzyły się i zamknęły. Mina Luke’a zmieniła się niemalże natychmiast.
– Nie. Nie, nie to miałem na myśli. Proszę. Ashton, ja nie chciałem – mamrotał desperacko, zbliżając się do mnie.
Odsunąłem się wstecz, zastanawiając się, jak Luke, mój Luke, mój kochany Luke, mógł powiedzieć coś takiego.
Nie miał tego na myśli. Wiedziałem, że nie miał, bo to Luke. I wiedziałem, że nie powiedziałby tego, gdyby nie był zły.
– Jestem tylko zbzikowanym dzieciakiem, który chlasta się po nadgarstkach – powiedziałem pusto. – To miałeś na myśli? Nawet cię nie obchodzę. Najchętniej zamknąłbyś mnie w wariatkowie. Jeśli tak właśnie uważasz, to może powinniśmy zerwać.
Cholera, nie tego chciałem. Ale powiedziałem to i teraz nie mogę tego cofnąć.
Gdyby to był film, Luke powiedziałby pewnie: „Może powinniśmy”.
I to byłby koniec.
– Nie – odezwał się, zaczynając płakać. – Nie. Wiesz, że nie chciałem. Cholera jasna, Ashton, zawsze mnie tak wkurzasz. Kocham cię. Przepraszam, że cię zdenerwowałem i przepraszam, że nie zwracałem uwagi ostatnio na to, co się z tobą dzieje. Przepraszam, że nie dostrzegałem tych znaków, przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie uważam, że jesteś wariatem. Masz depresję. I myśli samobójcze. Wiem o tym wszystkim. Ale nie jesteś wariatem. A nawet gdybyś był, nie przestałbym ciebie kochać. To dla mnie bez różnicy. Kocham twoje oczy i to, jak twój uśmiech rozjaśnia cały pokój, jak twój śmiech zawsze godzinami tkwi w mojej głowie. Kocham to, że wiesz, jak mnie podnieść na duchu i kocham, jak mnie złościsz i kocham cię, bo ty to ty. I potrzebuję cię, rozumiesz? Potrzebuję cię. Nie mogę, kurwa, żyć bez ciebie, Ashton, i nie mam zamiaru z tobą, kurwa, zrywać.
Przyciągnął mnie do siebie i przycisnął swoje wargi do moich, i wtedy wiedziałem, że nigdy bym nie potrafił z nim zerwać. Jego ręce oplotły mnie w pasie desperacko, pozbawiając mnie tchu, a ja wplotłem dłonie w jego włosy. Był całkowicie przemoczony, zresztą tak samo jak ja. Nie rozróżniałem łez od kropli deszczu, dopóki nie przerwałem pocałunku, żeby się odezwać.
– Luke – wyjąkałem. – L-luke.
– Przepraszam, Ashton, naprawdę.
– Wiem. Nie chcę... – Nie mogłem nawet mówić, tak bardzo się trząsłem. Oboje się trzęśliśmy.
– Tak bardzo cię kocham.
– Ja też cię kocham – wyszeptałem, krztusząc się deszczem. – Przepraszam. Za to, że byłem dupkiem. Wiem, co miałeś na myśli. Przepraszam, że nie powiedziałem ci wcześniej, ale tym razem będzie lepiej. Przysięgam na Boga, Luke, skończę z tym wszystkim. Dobrze? Obiecuję.
Oparłem głowę na jego ramieniu i płakałem w i tak mokry już materiał jego koszuli. Luke przytulił mnie mocniej.
– Pewnego dnia cię poślubię, okej, Ashton? – powiedział łamiącym się głosem. – Naprawdę.
– Na zawsze, obiecaj mi.
– Obiecuję.